Ostatnio oglądane #9 czyli niby odwyk filmowy


Po wyczerpujących dwóch miesiącach dopadł mnie kac maniaka filmowego. Udział w projekcie Scope 50, nadrabianie tytułów nominowanych do Oscarów plus 3-tygodniowe ferie dały mi ponad 60 obejrzanych filmów. Od tego czasu nie mogę oglądać ambitnego kina (poza małymi wyjątkami) i głównie wybierałam babskie odmóżdżacze. Zaliczam do nich „Krainę Jane Austen” komedię romantyczną o fanatycznej fance tej pisarki romansów, która spełnia marzenie swojego życia czyli wycieczkę do ośrodka wzorowanego na XIX-wieczną Anglię. Średniak, ale przyjemnie się go oglądało. Podobnie miałam z niemal kultową produkcją „Cztery wesela i pogrzeb” z Hugh Grantem i Andie MacDowell. Dziwne, że dopiero teraz zobaczyłam ten film, ale też niewiele straciłam. Za to nie mogę powiedzieć nic dobrego o filmie „Spódnice w górę!”. Spodziewałam się, że francuska produkcja nie będzie takim odgrzewanym kotletem bez wyrazu. Na szczęście inna francuska komedia poprawiła mi nastrój - „Jeszcze dalej niż północ” to wyśmienita historia naczelnika poczty, który za karę zostaje wysłany do oddziału na północy kraju. Musi zmierzyć się ze stereotypowym myśleniem swojej żony, która obawia się dzikiej społeczności i okropnej pogody, dlatego nie wyjeżdża z mężem, a ten ukrywa przed nią fakt, iż nowi współpracownicy poza swoją gwarą nie sprawiają mu żadnych problemów, a wręcz przeciwnie – dopiero tam Phillipe czuje się swobodnie. A propos wolności, długo czekałam na „Dziką drogę” z Reese Witherspoon, promowaną jako damską wersję mojego ulubionego filmu „Wszystko za życie” Seana Penna. Mimo że czasami historia momentami wydała się zbyt cukierkowa jak na życie blondynki przystało, to film mi się podobał. Zawsze kino drogi wzbudza we mnie pozytywne odczucia, rzucenie wszystkiego z dnia na dzień i samotna wędrówka to być może jakaś moja ukryta potrzeba. Jeżeli chcecie przeczytać więcej o „Dzikiej drodze” to odsyłam Was do mojej recenzji na Filmowo. Na tej stronie pisałam też o styczniowych polskich premierach - „Carte Blanche” i „Ziarno prawdy”. Z czego ten drugi szczególnie przypadł mi do gustu, choć w tym przypadku książka okazała się być znacznie lepsza. 

 Udało mi się też zobaczyć dwa filmy, które nie leżą w mojej tematyce - „Ewolucja planety małp” i „Strażnicy Galaktyki”. Oba fantastyczne utwory miały dość interesującą fabułę, dzięki czemu nie zanudziły mnie jak to zwykle miewam z tym gatunkiem filmowym. Nie powiem też, aby jakoś szczególnie mi się spodobały, ale jest to całkiem niezłe kino rozrywkowe. Jeśli o rozrywce mowa to muszę się przyznać, że obejrzałam w końcu „Borat: Podpatrzone w Ameryce, aby Kazachstan rósł w siłę, a ludzie żyli dostatniej”. Niektórzy mogą uważać Sashę Baron Coena za totalnego głupka, który swoimi produkcjami obraża kogo się da, ale trzeba mu przyznać, że jego wcielenie artystyczne wyraźnie obala siedzące w nas stereotypy. Ja oglądając „Borata” solidnie się ubawiłam. Bardziej stonowany poziom humoru zapewnił mi „Zelig” Woody'ego Allena. Ciekawa forma opowiedzenia historii niczym dokumentu o słynnej osobie, którą niby znali wszyscy, a tak naprawdę nikt nie potrafił go rozszyfrować. Polecam też „Dumnych i wściekłych”, którzy niedawno weszli do kin. Film opowiada prawdziwą historię z lat 80-tych, kiedy to w Wielkiej Brytanii odbywały się protesty górników wobec zamknięcia kopalń, a na ekranie widzimy grupę gejów i lesbijek którzy czynnie wspierają tę grupę społeczną. Historia obyczajowa o zabarwieniu dramatycznie-komediowym świetnie sprawdziłaby się w kategorii Rozrywki dla prostaków. Do przyjemnych seansów dorzuciłabym również „Pingwiny z Madagaskaru” (choć serial lepszy) i „Księgę życia”. Ten drugi to niesamowicie klimatyczna bajka z korzeniami meksykańskiego Święta Zmarłych. Nigdy dotąd nie spotkałam się z wykorzystaniem tego meksykańskiego, barwnego motywu więc cieszę się, że udało się to twórcom animacji.

Zobaczyłam też 3 filmy oscarowe, o których nie było głośno. Pierwszy z nich to przyzwoity „Sędzia” opowiadający o skłóconym ojcu i synu, z których ten starszy jest praworządnym sędzią w małym mieście, a syn robi karierę prawniczą, nie zawsze uczciwie. Dość ckliwa historia, ale jeśli ktoś lubi klimaty prawnicze to na pewno film mu się spodoba. „Cake” to film o rozżalonej, częściowo sparaliżowanej i uzależnionej od leków kobiecie, którą gra Jennifer Aniston. I to główny powód, aby zobaczyć ten film. W końcu Aniston wystąpiła w roli dramatycznej, a jeśli ktoś widział jej stare filmy to wie, że i w tych sprawdza się równie dobrze, o ile nie lepie, jak w popularnych komediach z jej udziałem. Nie przypadł mi za to do gustu kolejny amerykański film opowiadający o walce z równouprawnieniem rasowym - „Selma” jest po części połączeniem znanego już „Kamerdynera” i „Zniewolonego”. Choć w nieco innym wydaniu, odnoszę wrażenie że „Selma” nie wnosi nic nowego.
Na koniec zostawiłam największe smaczki czyli dokumenty i nadrobioną klasykę. Rozłożył mnie na łopatki dokument „Grizzly Man” o Timothym Treadwellu, który przez lata obserwował z bardzo bliska i twierdził że „przyjaźni się” z niedźwiedziami na Alasce. Swoją miłość do tych dzikich zwierząt przypłacił życiem, razem ze swoją dziewczyną został rozszarpany i zjedzony przez niedźwiedzia. Obraz wyreżyserował znany niemiecki reżyser Werner Herzog, który przeprowadza rozmowy z ludźmi znającymi Treadwella jak i sam wypowiada się co uważa o takim stylu życia swojego bohatera. Ostatnio odkryłam też dwa dokumenty o Czesławie Niemenie. W zeszłym roku powstał „Sen o Warszawie”, który w pełni zbiera wiedzę o początkach i przebiegu kariery tego utalentowanego muzyka, jak i jego wpływie na dzisiejszą twórczość artystów. W trakcie największej sławy powstał „Sukces” - krótkometrażowy zapis wypowiedzi Niemena i jego zespołu przed koncertem w Opolu. Jest to niesamowicie zmanipulowany obraz, który przedstawia muzyka jako nadętego, egoistycznego lalusia. Cieszę się jednak, że taki film został odnotowany w czasach komunistycznej władzy, która nie znosiła ludzi wybijających się ponad przeciętność.

Na dokładkę dwa polskie tytuły okrzyknięte arcydziełami. „Rękopis znaleziony w Saragossie” to rewelacyjnie zrealizowana i zagrana ekranizacja powieści bardzo nie-polskiej, za to magicznej i wielowymiarowej. Chyba dzięki niemu zrozumiałam fenomen Zbigniewa Cybulskiego, w „Rękopisie...” udowodnił swój wielki kunszt. Zaś „Wszystko na sprzedaż” to obraz, którego nie spodziewałabym się po Wajdzie jakiego znam. Przedstawiona fabuła jest niemal ekshibicjonistycznym odwzorowaniem życia aktorów tj. Daniel Olbrychski, Beata Tyszkiewicz czy Zbigniew Zapasiewicz. Polecam zobaczyć szczególnie osobom, które uważały że Wajda to tylko martyrologia i ekranizacje literatury. Urzekł mnie też film George'a Clooneya „Good Night and Good luck”. Czarno-biały obraz, rzeczywistość lat 50-tych i świat dziennikarzy telewizyjnych wypowiadających wojnę zakłamanym politykom. Jestem fanką wszystkich filmów opowiadających o dziennikarstwie, ale ten szczególnie wybija się na tle innych dzięki świetnej grze aktorskiej, zdjęciom i scenariuszowi. Miałam nadzieję, że podobne odczucia spotkam przy seansie „Pikniku pod wiszącą skałą”. Lecz mimo tajemniczej historii, pięknych, subtelnych kadrów i klimatycznej muzyki nie dostrzegłam w nim czegoś zjawiskowego.

No i pozostał seks w roli głównej czyli „Nagi instynkt” vs „Ostatnie tango w Paryżu”. W tym pojedynku wygrał mroczny thriller z Sharon Stone i Michaelem Douglasem, a nie klasyka kina z Marlonem Brando. Ten drugi wydaje mi się, że jest zbyt chaotyczny i nieco się już zestarzał. Choć wyobrażam sobie jakie zainteresowanie i kontrowersję musiał wzbudzać w latach 70-tych. Uff dość sporo tego jak na odwyk filmowy. A co Wy oglądaliście w ostatnim czasie?

Komentarze

Popularne posty